Wyspa Wielkanocna cz.1: Hanga Roa

Marzec 14, 2016

Nie przepadam za lataniem, a już tym bardziej nad wodą. Dziwny niepokój mnie ogarnia, gdy widzę na ekranie jak samolot opuszcza ląd i wlatuje nad ocean. Na Wyspę Wielkanocną leci się tylko i wyłącznie nad wodami Pacyfiku, nie licząc małego fragmentu między Santiago, a wybrzeżem. Na samej wyspie pas startowy zaczyna się na brzegu i kończy praktycznie na drugim brzegu. Zaciskam więc zęby i lecę. Nie mam wyjścia, jeśli chcę zobaczyć najbardziej odizolowaną od innego lądu wyspę na świecie.

Lądowanie jest bardzo tajemnicze. Nie witają cię żadne światła, więc nie masz pojęcia co się dzieje. Wita nas za to ogromny księżyc w pełni unoszący się nisko nad horyzontem i miliony gwiazd. Lotnisko z drewnianym wejściem wygląda jak dworzec autobusowy w małej mieścinie. Zamiast skanerów po taśmie z walizkami biega pies. Niucha czy nie przywieźliśmy bakterii w świeżej żywności. Przez pierwsze chwile towarzyszy nam niepewność. Nasz hostel z bookingu nie potwierdził rezerwacji. Nastawiliśmy się na szukanie noclegu w ciemno. Taksówkarz dowiózł nas na miejsce. Jakby opuszczone. Gospodarze już spali i rzeczywiście zrobiliśmy im niespodziankę. Rzadko sprawdzają pocztę, lepiej dzwonić. Nic jednak nie jest w stanie popsuć nam humoru w tym miejscu, a nawet sytuacja jest dość zabawna. Marudzę tylko, że nie dostałam powitalnego wianka z kwiatów, jak inni na lotnisku. Szybko uwijają się z przygotowaniem nam pokoju i mimo ekscytacji udaje nam się na chwilę zasnąć.

Na chwilę, bo o punkt szóstej zaczyna się to, co słyszymy już każdego ranka, południa i popołudnia. Najpierw jeden, później trzy, a za chwilę już cały chór piejących kogutów wyrywa nas ze snu. Myśląc o wyspie wyobrażałam sobie co zobaczę, ale nie myślałam za dużo o tym co usłyszę. Spodziewałam się raczej błogiej ciszy przerywanej szumem fal. Nie! Piejące koguty. To właśnie się tu słyszy prawie przez cały dzień. Przy całkiem porządnym śniadaniu poznajemy parę staruszków ze Słowacji. Podejrzanie nam brzmiały bardzo podobne do polskiego zwroty. Pan został zaproszony na konferencję do Buenos Aires, więc przy okazji zwiedzili pięć innych krajów Ameryki Południowej. Kiedy, jak nie teraz.

Ruszamy na spacer. Pierwsze wrażenie to: ale tu zwyczajnie i swojsko. Koguty, śpiew ptaków, parterowe chatki, jeden sklep. Kilka minut później pojawiają się znajome ciarki. W oddali widać już ocean i pierwsze moaie. Ahu Tahai. Myślałam, że po obejrzeniu tylu zdjęć i filmów posągi nie zrobią na nas tak dużego wrażenia, jednak zobaczyć je na żywo to zupełnie inna bajka. Dociera do ciebie gdzie jesteś i czujesz, że spotyka cię coś wyjątkowego.

DSCN5683

DSCN5596

DSCN5643

DSCN5661

DSCN5716

Cały pierwszy dzień spędzamy w Hanga Roa. Małe miasteczko, jedyne na wyspie, więc zwane też stolicą. To tu nocujemy, jemy tuńczyka, obserwujemy zwykłe życie mieszkańców i walczymy o najlepsze miejsce na zachód słońca. Zaczynamy od długiego spaceru wzdłuż wybrzeża. Na przeciwko jedynego posągu z koralowymi oczami swoje stanowiska rozkładają lokalni rzemieślnicy. Królują różnej wielkości moai z drewna i skały, ale moją uwagę przyciąga bardziej fryzura jednego ze sprzedawców. Tu poznajemy jednego z dziesiątek bezpańskich psów na wyspie, mojego ulubionego, który ogląda później z nami zachody słońca. Mijamy cmentarz z nagrobkami z kamieni, fale uderzają głośno o skalisty brzeg, wciąż oglądam się za siebie, sprawdzam czy posągi na pewno tam stoją. W naszym kierunku przez drogę przebiega kilka małych szczeniaczków, które rozmiękczają nam serca. Zatrzymujemy się pod palmami, patrzymy na ocean, docieramy do niewielkiego portu, do którego cumują kolorowe łódki przewożące towar ze statku. Siadamy na ławce i obserwujemy jak surferzy zmagają się z falami. Jeśli miałabym powiedzieć czym jest dla mnie sielanka, opisałabym właśnie te chwile.

collage

DSCN5667

DSCN5753

DSCN5819

DSCN5837

DSCN5855

DSCN5880

DSCN6086

DSCN6034

DSCN6116

Główna ulica, Atamu Tekena, to wypożyczalnie sprzętów, pojazdów, bary i restauracje. Dowiadujemy się, że nie spełni się nasze marzenie o zwiedzeniu wyspy na skuterze, kategoria B nie wystarczy, musimy pokazać prawo jazdy na skuter. Nie mamy. Zostaje nam wybór między rowerem, a samochodem. Zobaczymy jutro. Odwiedzamy też kilka miejsc organizujących wycieczki, ale szybko dochodzimy do wniosku, że najlepiej jest zwiedzić wyspę na własną rękę. Kolejny punkt naszego spaceru to jedyny na wyspie kościół, a zaraz potem Mercado Artesenal, miejsce gdzie lokalni sprzedają pamiątki. Jest komercyjnie i masowo. Dużo bardziej podobają mi się małe pracownie mijane po drodze niż stoiska z plastikowymi bidonami w kształcie moai. Zazwyczaj omijam takie miejsca, ale tutaj zatrzymuję się i zostawiam trochę peso. Wiem, że z tego tu żyją i nie mają zbyt wielu innych możliwości. Wiem, że turyści to dla nich źródło zarobku. Z drugiej strony też coraz większa masa, która chce zadeptać ich dziedzictwo. Przez to czuję do nich większy respekt i mam potrzebę pokazać, że nie chcę nic zadeptać.

DSCN6167

DSCN6198 - Copy

DSCN6169r

DSCN6401

DSCN6402

Nawet tu na końcu świata udało się znaleźć trochę street artu

DSCN6410

DSCN6423

DSCN6429

collage

Ponownie mijając Ahu Tahai, kierujemy się do muzeum. Jedno niewielkie pomieszczenie, niewiele eksponatów, raczej bannery z opisami i zdjęciami. Przez dwie godziny wzbogacamy naszą wiedzę o historii wyspy. Kim byli mieszkańcy, jak tu dotarli, jak żyli, po co budowali posągi, jak je przenosili, dlaczego cywilizacja upadła. Wojny, głód, choroby, niewolnictwo. Historia wyspy jest trudna, ale niezwykle ciekawa. Zamiast cytować źródła, na dole wpisu odsyłam Was do dwóch artykułów, które przeczytałam przed wylotem i które sporo mi wyjaśniły. Dowiecie się z nich też z czym obecnie zmagają się mieszkańcy wyspy.

DSCN6298

DSCN6255

DSCN6292

A jak skończył się nasz pierwszy dzień na wyspie? Po wyjściu z muzeum słońce zaczęło niebezpiecznie szybko schodzić w dół, dlatego szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę, w którą kierują się wszyscy turyści plus kilkoro mieszkańców, Ahu Tahai. Każdy zachód słońca jest dla mnie magiczny, ale ten nad oceanem i gdzie słońce chowa się pomiędzy kamienne twarze jest magiczny do kwadratu i najlepszy jaki miałam okazję oglądać. Nie jest wcale romantycznie jak może się wydawać patrząc na zdjęcie poniżej. Jest tłoczno, każdy chce być jak najbliżej i mieć jak najlepsze ujęcie – to już widać na naszym timelapsie. Do tego gwarno, z głośników leci muzyka, bo ktoś rozłożył namiot i postanowił zorganizować imprezkę w tych pięknych okolicznościach. Psy szczekają, warczą na siebie nawzajem. Powiedziałabym nawet, że warunki do oglądania zachodu słońca są paskudne, ale ten widok wszystko wynagradza.

DSCN6514

Słońce chowa się zupełnie, a my idziemy odhaczyć atrakcję, o której piszą w każdym przewodniku. Tradycyjne tańce Rapa Nui. Alternatywny turysta raczej by się tu nie odnalazł, wszystkie aktywności na wyspie to utarty schemat. Trafiamy na występ zespołu z najdłuższą tradycją, Kari-Kari. Jeśli do tej pory brakowało mi egzotyki, tu dostałam porządną dawkę. Gdybyśmy przylecieli na wyspę w lutym, moglibyśmy oglądać takie rzeczy na każdym kroku, bo właśnie wtedy odbywa się tu coroczny festiwal Tapati.

Zaczyna zespół, którego plusem jest duża ilość bębnów, po nim wchodzą głośno śpiewające starsze panie, a na koniec kilkunastoosobowy zespół tancerzy. Przez godzinę obserwujemy roznegliżowane i roztańczone towarzystwo, które w pewnym momencie zaczyna zapraszać na scenę nieśmiałych wybranków z widowni. Na koniec zdjęcia z najatrakcyjniejszymi tancerzami, publika zadowolona, możemy się rozejść. Miło oglądało się tę część dziedzictwa, ale niekoniecznie się zaangażowaliśmy. Mówimy dobranoc słowackim sąsiadom wracającym z tego samego występu i zasypiamy czekając już niecierpliwie na kolejny dzień.

Linki do artykułów: Tajemnicza Wyspa Wielkanocna – gdyby tylko umiały mówić… / Cały smutek Rapa Nui, czyli dramat Wyspy Wielkanocnej

Wyspa Wielkanocna cz.2.: kamienne twarze
Wyspa Wielkanocna cz.3: życie na środku oceanu [+film]

Poczytaj też inne wpisy