There are a lot of places I like, but I like New Orleans better

Maj 7, 2017

Podczas naszego krótkiego road tripu po południowo-wschodnich Stanach odwiedzaliśmy miejsca silnie związane z muzyką. Wyjechaliśmy z Nashville, stolicy country, aby po trzech godzinach znaleźć się w domu Elvisa Presleya w Memphis, stolicy bluesa. Ale to Nowy Orlean, kolebka jazzu, jest tym miejscem, o którym chce się napisać piosenkę, a potem śpiewać ją na małym dziedzińcu przy Bourbon Street, przy akompaniamencie pianina, trąbki, saksofonu i klarnetu.


There are a lot of places I like, but I like New Orleans better.

To słowa Boba Dylana, pod którymi mogę się podpisać. Tutaj możecie przeczytać całą jego wypowiedź. Pięknie to ujął (Nagroda Nobla w dziedzinie literatury nie wzięła się znikąd). Nawet nie spróbuję mu dorównać.

Chęć odwiedzenia NOLA narodziła się w nas już dużo wcześniej za sprawą Treme, jednego z naszych ulubionych seriali. Opowiada o tym jak mieszkańcy Nowego Orleanu – muzycy, Indianie, właściciele knajp – próbują odbudować swoje życie po huraganie Katrina. Odwiedziliśmy dzielnicę Treme, strasznie cichą i pustą. W parku Louisa Armstronga trafiliśmy na małe zbiorowisko ludzi grających jazz, śpiewających i tańczących. Dostrzegłam gdzieś tabliczkę ze zdjęciem chłopaka, który zginął w potyczkach z policją. Okazało się, że to uliczna parada na znak protestu przeciwko przemocy. Poczułam się przez chwilę jak na planie serialu.

DSCN6797r

collage6

collage4

DSCN6803

DSCN6700

collage9

DSCN6783

DSCN6789r

Nowy Orelan jest tajemniczy i intrygujący. Już sam wjazd do miasta jadąc z Memphis drogą I-55 jest nietypowy. Z widokiem na ogromne jezioro Pontchartrain po lewej stronie i luizjańskie bagna po prawej. Im bliżej miasta tym bardziej zielone drzewa zamieniają się w wystające z wody łyse konary, pomiędzy którymi co kilka minut przelatuje samolot kierujący się na lotnisko Louisa Armstronga.

Idąc wąską drewnianą kładką nad bagnami w Parku Jean Lafitte, oprócz bólu stóp i ogromnej wilgoci w powietrzu, czułam lekkie podenerwowanie na myśl, że gdzieś tu blisko przechadzają się aligatory. W głowie miałam to zdjęcie znalezione wcześniej w sieci.  I mimo, że w parku towarzyszyły nam dziesiątki różnych stworzeń, w tym ukochane pancerniki, to jednak cały kilkukilometrowy spacer skupił się na poszukiwaniu wyłaniających się z wody głów aligatorów.

Na myśl o huraganie Katrina i tym co zrobił z tym miastem też pojawiają się ciarki.

W Luizjanie wyznają Voodoo. W sklepach z pamiątkami witają cię czarne kościotrupy w kolorowych perukach i mityczne laleczki. Nie wiem na ile religia jest wciąż praktykowana, a na ile cała ta otoczka stała się atrakcją turystyczną. Największą są liczne cmentarze, tzw. Miasta Umarłych.

Nowy Orlean to muzyka, dobra zabawa i czysta radość podlana SoCo. Nie ma takiego miejsca w centrum, gdzie nie docierałyby do ciebie dźwięki trąbek. W prawie każdym barze na Bourbon Street można posłuchać muzyki na żywo, wypić shota z probówki, obserwować ten szał z balkonu, z którego zrzucają na ciebie koraliki. Lądując na końcu na Canal Street czujesz się jak po huraganie. Namiastka Mardi Gras, wielkiej kolorowej parady ulicznej w ostatni dzień karnawału, w której marzy mi się kiedyś wziąć udział. W całym tym szaleństwie udaje nam się znaleźć spokojny koncert jazzowy na dziedzińcu w Musical Legends Park.

Nowy Orlean to nowe smaki. Ryby, owoce morza, ryż, kanapki. Na pierwszy rzut oka nowoorleańska kuchnia nie jest wyszukana. Jednak to jak te potrawy są przygotowane, jak pachną, jak dobrze są doprawione, sprawia, że kubki smakowe szaleją. Do dziś pamiętam jak smakował pierwszy kęs świeżej ryby nadziewanej langustą w Chartres House. Pamiętam solidnie przyprawioną Jambalayę i bułkę z owocami morza w Gazebo Cafe przy French Market. Nawet te słynne beignets w Cafe du Monde, choć nie smakowały wcale lepiej niż polskie pączki, były czymś wyjątkowym, bo jedliśmy je w tej kawiarni i w tym mieście.
DSCN6539r

DSCN6566

DSCN6589r

DSCN6680

DSCN6489rcollage3DSCN6543

IMAG1779

DSCN7066r

IMAG1636

IMAG1405

collage8collage11

collage12

collage13

DSCN7124rr

DSCN7155r

IMAG1738

DSCN6459r

Wiele miejsc mi się podoba, ale Nowy Orlean podoba mi się bardziej. To miasto ma klimat, jakiego nie spotkałam jeszcze nigdzie indziej. Składają się na niego małe rzeczy. Smak suma przy dźwiękach jazzowej kapeli, spacer wzdłuż Mississipi, jazda tramwajem bez okien przez Canal Street, korale na drzewach, vinyl Boba Dylana kupiony w mały sklepiku na Warehouse District, buszujący w liściach pancernik, sprzedawane na targu laleczki voodoo, bagna w Jean Lafitte, stare dęby obwieszone hiszpańskim mchem w City Park, puste ulice Treme, kolorowe witryny na French Quarter, uliczny zespół jazzowy przed St. Louis Cathedral, a nawet ten okropny zapach unoszący się w nocy nad Bourbon Street.

Wszystko to sprawia, że myślę o Nowym Orleanie bardzo często, ciepło i chcę tam wrócić na dłużej.

 

Poczytaj też inne wpisy