Rowerem miejskim przez Wiedeń

Luty 19, 2018

Polubiłam Wiedeń nie tylko za piękne budynki, zielone parki czy melange w kultowej Cafe Hawelka, ale też za to, że tak mądrze zachęca mieszkańców i turystów do pozostawienia swoich aut na tanich parkingach na obrzeżach i skorzystania z innych zdrowszych dla miasta i ludzi środków transportu.

Parking niedaleko naszego airbnb kosztował 3,4 euro za dobę, czyli grosze. Zaraz obok jest stacja metra wiozącego nas w okolice Katedry św. Szczepana i stacja rowerów miejskich. Nie jestem wielką fanką rowerów miejskich i każdy wypad muszę poprzedzić falą marudzenia co do tego jakie są ciężkie, nieporęczne i skomplikowane w użyciu. Nie lubię tego u siebie, bo chciałabym być fanką rowerów miejskich. Wcale nie są takie, jak o nich mówię zanim z nich skorzystam. O ile kilka dni wcześniej w Budapeszcie mieliśmy problemy techniczne, w Wiedniu poszło gładko – wystarczy karta kredytowa, rejestracja przy stacji i rower jest twój na godzinę za darmo, a kolejną za 1 euro. Wycieczki rowerowe mieliśmy trzy. Pierwsza przez Leopoldstadt z wielkim kołem i parkami rozrywki, której celem był Hundertwasserhaus. Druga z pałacu Schoenbrunn do centrum, którą wspominam najgorzej, bo chyba nic nie irytuje tak, jak urywające się ścieżki rowerowe wśród pędzących aut (za to też nie lubię rowerów miejskich). A trzecia najprzyjemniejsza, bo w wiedeńskim słońcu wzdłuż Kanału Dunajskiego, między wodą, a ścianą kolorowych graffiti. Zaletą miejskich rowerów jest to, że możesz w każdej niemal chwili porzucić go na pobliskiej stacji i dalszą część Wiednia przejść spacerem – do tego nie mam już żadnych zastrzeżeń.

Zostawię tu jeszcze jedno miłe wiedeńskie wspomnienie. Przez dwa letnie miesiące pod gołym niebem na Rathausplatz odbywa się festiwal filmowy. Trafiliśmy przypadkiem na Sen Nocy Letniej w wykonaniu The Royal Swedish Ballet. Po tamtym wieczorze polubiłam Wiedeń jeszcze bardziej.

Poczytaj też inne wpisy